Ojciec vs. Ojciec, czyli pierwszy w Polsce rodzicielski podcast dwóch ojców

Zapraszam Was dzisiaj do udziału w eksperymencie. Oceńcie pierwszy w Polsce, pilotażowy odcinek nowego projektu rodzicielskiego i… współtwórzcie go z nami!

Wraz z Tomaszem Smacznym z bloga TastyWayofLife.com postanowiliśmy połączyć siły i nagraliśmy…

Pierwszy w Polsce i na Wyspach podcast o tematyce rodzicielskiej prowadzony przez dwóch ojców.

TNW-podcast#3W zamyśle chcemy z Tomaszem rozmawiać o różnych kwestiach związanych z rodzicielstwem i szukać odpowiedzi na nurtujące nas ojców pytania. Mamy odmienne perspektywy: Tomasz żyje w Polsce i ma jedną maleńką córkę, która urodziła mu się po czterdziestce. Ja mieszkam w Wielkiej Brytanii i mam dwójkę dzieci.  Chcemy wykorzystać te różnice i polemizować na tematy związane z ojcostwem. Nie jestem pewien, czy ktoś z Was pamięta telewizyjny program popularno-naukowy Sonda z nieodżałowanymi Zdzisławem Kamińskim i Andrzejem Kurkiem. Każdy odcinek poświęcony był jednemu wątkowi, na który obydwaj prowadzący mieli nieco odmienne spojrzenie. Chcielibyśmy wziąć z nich przykład.

Pobierz plik w formace MP3 |Zasubskrybuj i słuchaj w iTunes  | Android | Stitcher | RSS

W tym odcinku usłyszysz:

  • 2:00 przygotowania do narodzin
    •     4:15 ksiażki i blog, które pomogły Tomkowi
    •     5:00 książka, która pomogła Piotrowi
  • 6:06 co nasze partnerki powiedziałyby o nas – czy jesteśmy odpowiedzialni?
  • 7:45 przygotowania u Piotra – łóżeczko zatoczkowe
  • 10:20 jak Piotr pamięta moment narodzin swoich dzieci (wpis na blogu)
  • 11:00 długi poród przy Pierworodnym
  • 17:15 krótki poród przy Drugorodnej
  • 19:02 jak Tomasz pamięta moment narodzin swojego dziecka
  • 24:00 sposoby na uchwycenie i pamiętanie ulotnych chwil (pomysł z bloga)
  • 28:00 pierwsze dni i tygodnie po urodzeniu potomka
  • 42:35 najlepsza porada o rodzicielstwie
  • 47:22 czy po urodzeniu dziecka zmieniło się postrzeganie swoich własnych rodziców

Strony, książki i ludzie wymienieni w tym odcinku:

Mamy też dla Was konkurs!

Bardzo zależy nam na Waszej opinii o tym odcinku i całej koncepcji, bo od tego uzależniamy kolejne nagrania. Podzielcie się własnymi wrażeniami:

Co Wam się podobało? Co można poprawić i jak? Prosimy o komentarze:

Autora lub autorkę opinii, którą uznamy za najbardziej pomocną, zaprosimy do wspólnego nagrania jednego z odcinków!

Zapraszamy Was serdecznie.

Ojciec vs. Ojciec, czyli Piotr Zagorowski i Tomasz Smaczny


Transkrypt rozmowy

Ostatnio spotkałem w internecie innego blogera parentingowego, Tomka Smacznego. Tomkowi w październiku zeszłego roku urodziła się córka. I, jak sam mówi, jego życie od tego czasu smakuje inaczej. Tomek postanowił podzielić się swoimi przemyśleniami i założył blog Tastywayoflife.com. Mamy z Tomkiem dużo wspólnych tematów. Obydwaj jesteśmy ojcami małych córeczek, obydwaj prowadzimy blogi i próbujemy znaleźć odpowiedzi na wiele nurtujących nas pytań. Postanowiliśmy połączyć siły i zacząć nowy cykl podcastów prowadzonych wspólnie. Zapraszam Cię do wysłuchania naszej pierwszej wspólnej rozmowy.

Piotr: Cześć, Tomku.

Tomek: Cześć, Piotrze. Witam wszystkich. Nazywam się Tomasz Smaczny. Mam 41 lat. W październiku zeszłego urodziła mi się córka Tosia, więc życie ma dla mnie zupełnie inny smak. Piszę o tym na blogu „Tasty Way of Life”.

Piotr: Dzisiaj poruszymy temat pierwszych chwil z dziećmi. Zacznijmy od okresu sprzed narodzin Twojej córki. Czy przygotowałeś się na przyjście na świat swego pierwszego potomka?

Tomek: Tak, przygotowywałem się, bo potem nie było już na nic czasu. Bardzo się tym przejąłem. Nie jestem młodym tatą, mam 41 lat, a to już poważniejszy wiek. Przede wszystkim interesowały mnie kwestie emocjonalne, relacyjne, to, jak dogadać się z córką i z żoną, więc znalazłem na ten temat kilka podcastów, książek. Zauważyłem, że w Polsce jest bardzo popularna i dominująca filozofia rodzicielstwa bliskości. Czułem, że muszę się bardziej dokształcić w tej tematyce, więc sporo szperałem. Mieliśmy też bardzo fajną apkę, która pokazywała nam, co się dzieje w brzuchu mamy każdego dnia. Moja żona wysyłała mi to, żebym zobaczył, jak się czuje. To było fajne. Z praktycznych rzeczy raczej ogarnęliśmy wszystko, byliśmy dobrze zorganizowani i przygotowani, bo potem tyle się działo, że na sprawy remontowe i zakupowe nie było już czasu.

Piotr: Jakie książki w tym zakresie polecasz?

Tomek: Moją ulubioną autorką jest Janet Lansbury, a książki czytałem po angielsku. Polecam ją bardzo. Prowadzi bloga Janetlansbury.com,wydała dwie książki. To moja ulubiona autorka. Prowadzi też zajęcia z małymi dziećmi od zera do trzech lat.

Piotr: Ja w zasadzie przeczytałem tylko jedną książkę – aczkolwiek niekoniecznie związaną z rodzicielstwem – która otworzyła mi oczy na rodzicielstwo, a ściślej – na odpowiedzialność. Jest nią Heroiczne przywództwo Chrisa Lowneya. Mówi o tym, że każdy z nas jest w jakiś sposób liderem, jest przeznaczony do tego, żeby brać odpowiedzialność. To objawia się m.in. braniem odpowiedzialności za rodzinę.

Tomek: Co by twoja żona powiedziała o braniu przez ciebie odpowiedzialności za rodzinę? Jesteś odpowiedzialny czy nie?

Piotr: Są dwie szkoły. Jedna mówi, aby mieć dzieci jak najszybciej, bo człowiek, który ma 20 lat, jest mniej zmęczony. Natomiast druga twierdzi, że jak masz więcej lat, to już swoje przeżyłeś, wyszalałeś się, więc w zasadzie, chcąc nie chcąc, bierzesz odpowiedzialność. Aczkolwiek jak ma się troszkę więcej lat, to odpowiedzialność jest wysoko w hierarchii. A jak jest u ciebie?

Tomek: Lubię myśleć o sobie, że jestem odpowiedzialny, ale w praktyce kto inny nas ocenia. Poza tym panie mają inne kryteria, szczególnie jeśli chodzi o to, na co można pozwolić dzieciom.

Przed podcastem podzieliłeś się ze mną taką uwagą, że zakupiłeś tzw. baby cot. Co to jest?

Piotr: Zaczęliśmy się zastanawiać, gdzie nasza dzidzia będzie spała – czy od razu dać jej osobny pokój, osobne łóżko? Trochę nieświadomie podążając za czymś, co nazywa się rodzicielstwem bliskości – aczkolwiek z tym terminem spotkaliśmy się nieco później – uznaliśmy, że będzie spała z nami pokoju, ale nie całkiem z nami w łóżku. Po dokonaniu researchu znaleźliśmy łóżeczko, które nie ma jednej burty. Można je przypiąć do łóżka rodziców, dodatkowo dopasować jego wysokość, przypiąć i zabezpieczyć. Pozwala to matce karmić piersią. Jak dziecko sygnalizuje, że chce jeść, to mama się wychyla, przysuwa dziecko do siebie, daje jeść. Dzięki temu dziecko spało w zasadzie z nami. To się nam fajnie sprawdziło. Przez pierwsze tygodnie synek spał w tym łóżeczku, a teraz śpi tak nasza córka.

Tomek: W jakim wieku są twoje dzieci?

Piotr: Daniel ma 3,5 roku. Urodził się w sierpniu. Iza skończyła 10 miesięcy, urodziła się w maju.

Tomek: Czy pamiętasz sam moment narodzin?

Piotr: Pamiętam. Pierwszy poród szczególnie zapada w pamięć, a drugi był już zupełnie inny. Pozwolę sobie przytoczyć obydwie historie. Ludzie mogą się z tym identyfikować. Przy młodszym synu, Danielu, masz te 40 kilka lat, menedżerskie stanowisko, wydaje ci się, że zjadłeś wszystkie rozumy, bo co cię jeszcze może zaskoczyć? Jesteś odpowiedzialny, przeczytałeś książki, masz łóżeczko zatoczkowe, więc wszystko gotowe. Natomiast okazuje się, że nie do końca, bo to jest jednak bardzo, bardzo nowe doświadczenie. Do tego stopnia, że mimo przygotowań i szkół rodzenia, jak się to wszystko zaczyna dziać, człowiek może poczuć się trochę bezradny, szczególnie gdy – tak jak w naszym przypadku – jest się samemu, bez rodziców. I nagle przyszły skurcze. Tu, w Wielkiej Brytanii, jest tak, że gdy spodziewasz się potomka, idziesz do lekarza pierwszego kontaktu, który wysyła cię do położnych. Dostajesz od nich zestaw broszur zawierających informacje, gdzie zadzwonić i zgłosić się w przypadku porodu. W chwili gdy pojawiły się pierwsze skurcze, zadzwoniliśmy do położnych, poinformowaliśmy, że rodzimy i że chcemy jechać do szpitala. Zapytano moją żonę, czy miała skurcze w czasie rozmowy. Odpowiedziała, że dwa albo trzy razy. Polecono jej, aby wzięła ciepły prysznic i zadzwoniła, jeśli skurcze będą na tyle mocne, że nie będzie mogła rozmawiać. Nie wiedzieliśmy, jaką skalą to wszystko mierzyć. Okazało się, że potrwało to jeszcze trzy dni. Zaczęło się w piątek. Żona trochę się męczyła, bo skurcze nie były aż tak nasilone, aby krzyczeć, a na tyle mocne, że nie dało się normalnie spać. Więc próbowałem z nią czuwać. Efekt był taki, że chodziliśmy na spacery po naszych łąkach, oglądaliśmy filmy i seriale. Czekaliśmy na to, co będzie się działo.

Tomek: Nie spałeś przez trzy dni?

Piotr: Spałem, ale to był inny poziom snu. Nie taki mocny. Zawsze pracowałem w działach operacyjnych, w każdej chwili mogło się coś wydarzyć, więc przyzwyczaiłem się do takich sytuacji. Młody urodził się w poniedziałek o 13.10, więc przez cały weekend mieliśmy głupawkę. Oczywiście moja żona inaczej by o tym opowiedziała, podeszłaby do tego bardziej poważnie. Ale było OK. Żona poradziła sobie z bólem i z przydługawym porodem w taki sposób, że zaczęła słuchać swojego ciała, nie walczyła ze skurczami, tylko odpowiednio oddychała. Dość fajnie się wyluzowała. Podczas 35‑minutowego przejazdu do szpitala dzielnie się sprawowała. Gdy przyjechaliśmy, okazało się, że nie było już czasu na żadne środki znieczulające, tylko będzie rodzić. Młody urodził się na Supermana, z jedną rączką wysuniętą naprzód. Potem okazało się, że ma pępowinę zawiniętą wokół szyi.

Tomek: Byłeś na sali podczas porodu?

Piotr: Tak, byłem przy obydwu porodach. Uważam to za wielkie błogosławieństwo. To jest mistyczne przeżycie. Okazuje się, że nawet trzymanie żony za rękę jest fantastyczną pomocą ze strony męża. Jeśli któremuś facetowi wydaje się, że jest zbędny, to nie jest, po prostu wystarczy trzymać za rękę. Jeżeli żona chce, to masować po plecach, jeżeli nie, to nie. Odzywać się, jeżeli trzeba, a jeżeli nie, to się nie odzywać. Jest to jedna z rzeczy, które trzeba zsynchronizować. Sam moment, gdy rodzi się dziecko, dla faceta jest taki: nie ma nic, potem jest coś. Trzymasz na rękach nowe życie, nową małą osóbkę. Najpierw żona je nakarmiła, a gdy była zszywana, to dano mi je i zasugerowano, abym ubrał mu pieluszkę. Bałem się, że nóżkę mu urwę. Do dziś pamiętam, jak fajnie było nam razem.

Przy drugim dziecku spodziewaliśmy się, że będzie podobnie, czyli czekaliśmy na skurcze przepowiadające, kilkanaście godzin oczekiwań, walki, jazdy do szpitala. Natomiast tego dnia rano – to była majówka – poszliśmy do parku zrelaksować się i skorzystać z okazji, że możemy gdziekolwiek wyjść. Żona zauważyła, że ma już skurcze, choć nie były tak silne jak przy pierwszym dziecku. Okazało się, że ledwo zdążyliśmy na salę. Rozwarcie było na osiem centymetrów, wjechaliśmy prosto na salę porodową. To było o ósmej wieczorem, gdy panie pielęgniarki robiły papierkową robotę i miała nastąpić nocna zmiana. W tym momencie żonie zaczęła wychodzić główka, więc panie rzuciły wszystko i po 20 minut urodziła się Izka.

Te dwa porody były zupełnie inne. Różnie to bywa. Podobno przy trzecim dziecku nie zdążymy do szpitala. Te doświadczenia były bardzo intensywne, pozytywne i do dziś je pamiętam. To, że nagle pojawia się przy nas nowa osoba, to niesamowite uczucie. Czy miałeś podobnie?

Tomek: Ja miałem troszkę inaczej. Wiedzieliśmy, że poród odbędzie się przez cesarskie cięcie. Pamiętam dwie rzeczy. Jedna związana była z moją obawą o to, że dużo podróżowałem służbowo i że wszystko wydarzy się przed zaplanowanym terminem. Trudno było to wszystko przewidzieć co do dnia, ale Natalia doczekała tego dnia, w którym miała być operacja. Wiedzieliśmy, że mamy przyjechać rano na czczo. Byliśmy bardzo przejęci. Ona odczuwała skurcze, ale to nie były skurcze porodowe, tylko te wcześniejsze. Byłem zaaferowany całą procedurą, ubrankami, musiałem przewieźć te rzeczy i dać położnym. Zrobili KTG, czyli badanie serduszka. Nagle żona zniknęła i dzwoni do mnie, że jest już na sali operacyjnej. Inni ojcowie też czekali, bo ich żony były w blokach operacyjnych. Nie wiedzieliśmy do końca, w jakiej kolejności będą odbywały się cesarskie cięcia. Nas było trzech. Poznaliśmy się, każdy opowiadał swoje historie.

Nagle wyszedł lekarz z wózeczkiem, w którym leżała jakaś mała istotka. Zapytał się, czy jest tata Tomasz. Rozejrzałem, potwierdziłem, że to ja. Lekarz do mnie: „To masz córkę, gratuluję”. Powiedział, ile waży itd. I dodał: „Miałem wpisane, że chciałeś kangurować” – kangurowanie to te skin to skin, czyli położenie dziecka na klatce piersiowej jak kangur. Położna wprowadziła wózeczek do salki szpitalnej, w której nikogo nie było. To był październiki, czułem, że jest chłodno. Położna odwinęła córkę. Rozpiąłem bluzę, miałem gołą klatkę piersiową, mogłem przytulić dzieciaczka i otulić bluzą. Pielęgniarka zostawiła mnie samego. Byłem w totalnym szoku, nie wiedziałem, co się dzieje. Byłem tym bardzo przejęty i nie potrafiłem odczytać żadnych sygnałów. Kobieta mi powiedziała: „Jak zobaczysz, że jest jej zimno, daj nam znać, to ją ubierzemy”. A ja nawet nie wiedziałem, po czym poznać, że jest jej zimno. Byłem przejęty i szczęśliwy. Gdy po jakimś czasie weszła położna, powiedziała, że dziecko jest sine, i spytała, dlaczego jej nie zawołałem. Powiedziałem, że myślałem, że tak ma być. A maluszek przecież szybko się wychładza. Miałem dłuższy kontakt z dzieckiem po urodzeniu niż moja żona, która dość szybko opuściła blok operacyjny. Potem ona dostała małą. Nie było mnie przy porodzie, za to pierwszy przytuliłem dziecko. Cieszę się, że się na to zdecydowałem, bo to było opcja dodatkowa, a emocje olbrzymie.

Piotr: Zwłaszcza że w twoim przypadku to całkiem świeża sprawa.

Tomek: Tak. Minęło dopiero pięć miesięcy. Życie gna do przodu, dzieci rosną bardzo szybko, ale staramy się prowadzić archiwum zdjęć, są m.in. te z porodu.

Piotr: My kiedyś zetknęliśmy się z czymś takim, co po angielsku nazywa się jar of awesomness, po polsku można to nazwać „szkatułką niesamowitości”. Polega to na tym, że na małych karteczkach zapisujesz sobie chwile, wspomnienia, zdjęcia, cytaty dzieci – co powiedziały, co przekręciły. Jak masz gorszy dzień lub chcesz sobie powspominać, losujesz karteczkę i przed oczami staje ci ta historia, która jest bardzo żywa. To niesamowite, jak ludzki mózg potrafi to odtwarzać z takimi detalami.

Tomek: Zapisujecie sobie cytaty, to, co powiedziało dziecko?

Piotr: Tak. Podam przykład. Zwykle to ja prowadzę samochód, mama siedzi z tyłu z młodym albo obok mnie. Ale pewnego dnia nie mogłem prowadzić, bo miałem operację na kolano, więc prowadziła żona, a ja siadłem z tyłu. Syn już wtedy mówił, ale po swojemu. Zobaczył, że kieruje mama, a tata siedzi obok niego. Chwycił mnie za rękę i powiedział: „O Jezus Maria, mama kieruje”. Zapisaliśmy to jako jedno ze wspomnień, które w jakiś sposób nas zawsze rozśmiesza. Zanotowaliśmy też to, jak dziecko zaczęło przerzucać się z brzuszka na plecy. Różne rzeczy, niekoniecznie te związane z dziećmi. Coś, co chcesz, aby poprawiło ci kiedyś humor.

Tomek: W Wielkiej Brytanii kupiliśmy książeczkę, w której zbiera się wspomnienia, zdjęcia, cytaty. Ona jest bardzo fajnie pomyślana. Sugeruje, co możesz zrobić, np. jest miejsce na zdjęcia, tu jakaś impreza, kto był na tej imprezie, kiedy to było, odrys stopy. Ostatnio nadgoniliśmy z uzupełnianiem tej książeczki. Ona kończy się po jednym roku. Postanowiliśmy, że damy ją córce na 18. urodziny.

Piotr: Mamy podobny pomysł. Żona przeczytała na Facebooku, że ktoś kolekcjonował zdjęcia z dzieckiem. Znaleźliśmy taki serwis Photobox.co.uk, w którym możesz stworzyć sobie fotoalbum. Mamy cztery książeczki, z tym samym przeznaczeniem, czyli 18 książek jako prezent na osiemnastkę. To mi się wydaje bardzo fajne.

Tomek: Co najbardziej zapamiętałeś albo najbardziej cię zaskoczyło w pierwszych tygodniach po narodzinach dzieci?

Piotr: Kilka rzeczy. Jedną z nich było to, że wróciliśmy ze szpitala i czekał nas pusty dom, bo byliśmy sami. Wyjeżdżaliśmy w dwie osoby, a wróciliśmy w trzy – niby prosta matematyka i oczywista oczywistość. Wróciliśmy bardzo zmęczeni. W Anglii uważa się, że ciąża to nie choroba, więc nawet w tym samym dniu po urodzeniu można opuścić szpital. A że moja żona była szyta i straciła troszkę krwi, to przetrzymali ją jeden dzień dłużej. Mnie kazali jechać do domu, bo nie znalazło się dla mnie łóżko w szpitalu. Z samego rana przyjechałem najwcześniej, jak tylko mogłem. Pielęgniarka powiedziała, że mnie nie wpuści, bo odwiedziny są od 10. Pojechałem sobie na jakąś kawę. Do domu wróciliśmy późnym popołudniem. Żona była bardzo zmęczona, całą noc praktycznie nie spała, poszła do sypialni się wyspać. Synek zasnął, ja zostałem z nim na dole. Zostałem z tą małą istotką z takim poczuciem, że to jest już osobny byt, trzeba o niego zadbać. I że jak będzie czegoś chciał, to pewnie będzie płakał. Zastanawiałem się, czy budzić żonę, nie budzić, ale na szczęście spał, bo też był zmęczony. Żona wstała wcześniej od niego. Pamiętam radość, że zrobiliśmy to. Ale potem przyszła szara rzeczywistość i trzeba było przyzwyczajać się do nowej rutyny. Tu jest tak, że możesz sobie wziąć 10 dni tacierzyńskiego – osiem pełnopłatnych, dwa na 80%. Dodatkowo wziąłem jeden tydzień, czyli w zasadzie trzy tygodnie byłem non stop z żoną i z dzieckiem.

Pamiętam coś takiego, czego w zasadzie nie potrafię nazwać ani zdefiniować – poczucie tego, że nagle świat ci się strasznie kurczy. Rutyna, obowiązki. Pojawia się istotka, która jest bardzo wymagająca. Żona jest wymagająca, bo przeżyła swoje. Pamiętam sytuację, w której ona karmiła małego, a ja karmiłem ją. Narobiliśmy sobie bitek, pozamrażaliśmy je. Pamiętam, że gdy jechałem zarejestrować dziecko w urzędzie – zrobiłem to po 3 tygodniach – miałem wrażenie, że ten 20‑minutowy wyjazd do urzędu jest jak wyjazd do Nowej Zelandii. Nagle zdałem sobie sprawę, że świat mi się skurczył do czterech ścian. Te same cztery kąty, te same garnki i non stop te same historie. Intensywność skupienia na tej małej istotce sprawiała, że miałem poczucie, jakbym żył w namiocie. Świat skurczył mi się do najważniejszych, najbardziej potrzebnych rzeczy.

Jest taka porada: śpij, jak dziecko śpi, więc rzeczywiście próbowaliśmy odsypiać. Młody nie mógł się jeszcze przystosować do dni i nocy. Poza tym dużo płakał, bo chyba miał kolki. Dzwoniłem do mojej mamy i pytałem, czy też tak miałem. A mama na to, że tak, nawet nieraz płakałem całą noc, i że to normalne. Ósmego dnia miałem nawet załamkę. Gdy pierwsze emocje opadły, zaczęło do mnie dochodzić, że jestem jak CEO, że wyżej już się nie da. Moja żona liczy na mnie, dziecko na nią i na mnie też. Moja mama jest setki kilometrów ode mnie i nie przyjdzie z pomocą. Siadłem i się poryczałem. Po prostu uszły ze mnie emocje, ale nie byłem załamany. Musiałem to wszystko przemyśleć. Doszedłem do wniosku, że przecież wszyscy są zdrowi, nic się nie dzieje, zawsze można poradzić się sąsiadów, znajomych. Zawalę pracę, wyrzucą mnie, to znajdę drugą. Pokłócę się z żoną, to nie będziemy się do ciebie odzywać, ale kupię kwiaty, pójdziemy na kawę i jakoś się dogadamy. Ale nie można popełnić pomyłki z ośmiodniowym dzieckiem. Oczywiście to wszystko potem minęło. Czy miałeś podobne doświadczenie?

Tomek: To, co powiedziałeś, fajnie mi się łączy się z tym, co stwierdziłeś na początku o odpowiedzialności. Bo większej odpowiedzialności niż CEO nie ma. Ja miałem nieco inaczej. Pamiętam, gdy zapytano mnie, jak się czuję jako ojciec. A ja nie czułem się jeszcze wtedy jako ojciec. Wtedy czułem się partnerem dla swojej żony i że to jest jak test. Zrozumiałem całą istotę łączenia się w pary, randkowania, sprawdzania, szukania drugiej połówki, docierania się. To wszystko skumulowało się w tym jednym dniu. Poczułem, że moja żona przez te wszystkie lata, kiedy byliśmy narzeczeństwem i potem małżeństwem, budowała we mnie to zaufanie, że mogę być dobrym ojcem dla dziecka. Jak się dziecko urodziło, ona się kompletnie odkryła – żebym teraz pokazał, że ona się nie myliła.

Mieszały się wtedy różne podejścia. Jedni mówią: „Stary, rób dokładnie to, co ona mówi, nie wchodź w dyskusje”. OK, więc robię, ale coś nie pasuje. Gdy żona dochodziła do siebie w szpitalu, musiałem biegać, załatwiać, po kilka razy pytać się o coś położnych. Zauważyłem, że żona też uczy się tego wszystkiego, np. dlaczego dziecko płacze, dlaczego jest taki stres. Wcale nie wystarczało słuchać tego, co żona powie, bo nagle ona patrzy mi w oczy i pyta, co robić. Jak powiem: „Kochanie, wiesz lepiej, bo jesteś matką”, to jest to zła odpowiedź. Z kolei jak powiem: „Zrób to i to”, to jestem przekonany, że odpowie: „Co ty, chcesz zabić nasze dziecko? Wybij to sobie z głowy”. Gdy udało mi się opanować emocje, to na takie nerwowe pytanie o to, co teraz zrobimy, starałem się odpowiadać: „Kochanie, dobrze. O czym myślisz? Nad czym się teraz zastanawiasz?”. Wtedy ona opowiadała o swoich opcjach i wszystko trzeba było przegadać. Nie można było za szybko podejmować decyzji. Jedną z kwestii do omówienia było to, czy żona ma zostać jeszcze jedną noc w szpitalu – bo mówiła, że ją boli, ale bała się zostać sama z dzieckiem. Najtrudniejsza z tego wszystkiego jest empatia – żeby być blisko i czasami nawet nic nie mówić. Czyli zrozumieć kobiety, które kochamy, być przy nich.

Piotr: Dochodzić do tego, co stoi za tymi słowami i dlaczego tak reagujemy, a nie inaczej. I jeżeli trzeba, to należy rozładować sytuację, pomóc podjąć decyzję albo podjąć ją wspólnie.

Powiedziałeś o podejmowaniu decyzji i o tym, że ktoś podpowiadał ci różne rzeczy. Czy którąś z porad szczególnie zapamiętałeś? Coś, co pomogło w podjęciu jakiejś decyzji lub podczas stresującej sytuacji?

Tomek: Jednemu z moich kumpli zadałem takie samo pytanie, bo parę miesięcy wcześniej urodziło mu się dziecko. Powiedział tak: „Stary, naucz się dokładnie wpinać i wypinać fotelik samochodowy, bo będziesz zaaferowany wyprowadzaniem się ze szpitala, a twoja żona nie będzie miała już cierpliwości. To wszystko musi zgrać się co do sekundy”. Ćwiczyłem więc to wypinanie i zapinanie fotelika pasami. Starałem się wyćwiczyć to, aby potem nie było problemu.

Piotr: Ja się na tym wyłożyłem, choć nie było świadków. Poszedłem po fotelik, aby zabrać młodego. Mechanizm jest prosty, mianowicie trzeba pociągnąć dźwigienkę i fotelik się wykłada. Natomiast szarpałem się z tym, myślałem, że wyrwę to razem z podstawą, bo logika przestała działać, zastanawiałem się tylko, jak to zrobić. Na szczęście każdy fotelik ma z boku ikonki, gdzie jest pokazane, jak go wypiąć. Wziąłem kilka głębokich wdechów i udało się.

Moja mama dała mi bardzo dobrą radę. Powiedziała tak: „Słuchaj wszystkich porad, ale rób po swojemu. To jest twoje dziecko, ma swoją osobowość i do wszystkiego będziecie dochodzić wspólnie”. Taka jest prawda. Każde dziecko jest inne. Wszyscy chcą ci doradzać i robią to z własnego doświadczenia, ale ty nie wychowujesz ich dziecka, tylko swoje. To była mądra, rzeczowa rada, której się ciągle trzymaliśmy. Porównywanie, czy rośnie, czy nie, czy płacze, czy nie – warto się o to zapytać, zebrać jakąś średnią, ale bardziej powinniśmy słuchać swojej intuicji, jeśli chodzi o wychowywanie dzieci.

Tomek: Podoba mi się to, co powiedziała twoja mama. Widzę tu taką zasadę, aby słuchać wszystkich, zbierać wiedzę, ale robić po swojemu, słuchając intuicji, bo ostatecznie to ty podejmujesz decyzję. To wiąże się z odpowiedzialnością za siebie, za rodzinę, za wszystkie decyzje, które się podejmuje. Bez względu, czy powie mi to lekarz, profesor, czy największy guru, ostatecznie to ja decyduję – nawet w kwestiach szczepionek, które są bardzo gorącym tematem, szczególnie w Polsce. Ostatecznie to ja decyduję, biorę odpowiedzialność za ewentualne konsekwencje podania szczepionki. Nie mogę później powoływać się na to, że ktoś mi coś doradził. To jest piękne, ale też obciążające, szczególnie na początku.

Piotr: Czy zmieniło się twoje postrzeganie rodziców po tym, gdy sam stałeś się tatą?

Tomek: Gdy po narodzinach dziecka pojawiłem się w pracy i spoglądałem w oczy kolegom i koleżankom, którzy są rodzicami, nagle poczułem, że wskoczyłem na wyższy poziom wtajemniczenia w życiu. Mówiłem im otwarcie, że w ogóle nie wiedziałem, w jakim świecie żyją i co przeżywają, i że cieszę się, że jestem w tej grupie. Potem doszła refleksja z własnymi rodzicami. W zasadzie to współczuję sobie, bo przypominają mi się te wszystkie momenty, w których byłem niesforny i niegrzeczny, a teraz rozumiem, jak bardzo musieli oni przeżywać każdy taki bunt. Wierzę, że musieli czuć to samo co ja, bo ta miłość jest bezwarunkowa, i oddają naprawdę dużo serca. Już się boję, co będzie kiedyś, gdy zaczniemy się rozdzielać w naszym życiu. To zrozumienie pozwala mi być lepszym synem dla swoich rodziców.

Piotr: Ja z kolei mam coś takiego, że jestem bardziej wyczulony na innych rodziców z dziećmi, którzy są wokół mnie. Dopóki nie ma się własnych dzieci, wiadomo, że człowiek chce pomóc. Nawet głupia sprawa transportu publicznego – wiesz, co rodzic musi czasami przejść z takim małym dzieckiem, zwłaszcza samotna matka, która chodzi z wózkiem. Rodzicielstwo wyczuliło mnie na zauważanie takich drobnych rzeczy. Natomiast po kilku telefonach do rodziców co do poradzenia się na pewno odczuwam względem nich większą wdzięczność. Jest to potwierdzeniem tego, że historia zatacza koło. Oni są teraz dziadkami, przeszli już przez to, przez co my teraz przechodzimy. Pomagają, jak mogą, ale to nasza odpowiedzialność i nasze życie. Więc na pewno jest więcej empatii i wdzięczności za takie malutkie chwile, jak np. to, że wstawali do mnie w nocy. To mi zostało w pamięci.

Czy masz jeszcze jakieś przemyślenia w temacie pierwszych chwil z dzieckiem?

Tomek: Nie. Czuję się tak wyczerpany, jakbym przeszedł przez to jeszcze raz.

Piotr:Powiedz na koniec, gdzie nasi słuchacze mogą znaleźć cię w internecie.

Tomek: Prowadzę blog Tastywayoflife.com. Pod tym samym tytułem mam też fanpage na Facebooku i na Instagramie – tam z kolei działa moja żona Natalia, która robi zdjęcia naszej córce. Bardzo dziękuję, Piotrze, za wspólny podcast.

Piotr: Nagrania do tego podcastu, notatki z linkami do strony Tomka oraz do książek, osób tudzież aplikacji wspomnianych w tym podcaście znajdziecie na moim blogu Tatonawyspach.co/podcast. Dziękuję wszystkim za uwagę. Zapraszam na kolejną rozmowę. Do zobaczenia!

Tomek: Do zobaczenia. Dziękuję wszystkim. Trzymajcie się!

Jeśli znajdziesz chwilę i uważasz, że warto – zapraszam do podzielenia się swoją opinią, dodawania recenzji i gwiazdek na iTunes 🙂 W ten sposób podcast będzie bardziej widoczny i dotrze do większej ilości osób.

Oceń podcast w iTunes – jeżeli korzystasz z aplikacji Podcasty:

  • Wyszukaj podcast „Tato na Wyspach Magis” w aplikacji
  • W sekcji „Programy” kliknij „Tato na wyspach Magis”
  • Przejdź do zakładki „Oceny i recenzje”
  • Kliknij w link „Napisz recenzję”

Jeżeli korzystasz ze Stitcher’a:

  • Wejdź na stronę stitcher/TNWMagis
  • Przewiń stronę w dół, aż zobaczysz okno „Show Ratings and Reviews”
  • Kliknij „Write a review”

 Jeśli podobnie jak ja uważasz, że #RodzinaJestFajna i podobał Ci się ten wpis, zapraszam do podzielenia się nim ze znajomymi i do śledzenia mnie w następujących miejscach:

Więcej, bardziej, pełniej – Magis!
Facebook:/TatoNaWyspach
Twitter:@TatoNaWyspach
Instagram:@TatoNaWyspach.co

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.