Tomek Kania o tym jak żyć pełnią życia

tomasz-kania-krlradio

Tomek Kania (foto: RadioKRL)

Tomek Kania (@TomaszKaniaKRL). Mąż Iwony, tata Dominika. Od września 2013 roku jest członkiem Rady Programowej Radio KRL, a od 2015 roku vice-szefem tegoż radia. Prowadzi także autorskie audycje muzyczne oraz rozmowy z gośćmi.

Jest współorganizatorem wielu imprez i wydarzeń kulturalnych na terenie Wielkiej Brytanii.
Zawodowo prowadzi imprezy i wesela jako DJ i Wodzirej. Jest także twórcą pierwszego w Wielkiej Brytanii polskiego portalu o tematyce ślubno-weselnej Weselnik UK oraz projektu Coś dla małżeństwa: misja52. Tomek jest również niesamowicie pozytywną i inspirującą osobą, która żyje swoimi pasjami, oraz zaraża innych do realizacji swoich marzeń i stawiania sobie wysokich wymagań.
Posłuchaj:

Pobierz plik w formacie MP3 |Zasubskrybuj i słuchaj w iTunes  | Android | Stitcher | RSS

W tym odcinku usłyszysz:

  • 1:55 kim jest wodzirej,
  • 6:10 realizacja swoich pasji i powołania,
  • 8:29 hobby i pasja versus praca stricte dla pieniędzy – czy da się to połączyć?
  • 11:00 dobro zawsze powraca,
  • 13:40 rada dla samego siebie będącego w wieku 20 lat,
  • 17:03 emigrować samemu, czy z parterem / partnerką?
  • 19:27 rodzinne i związkowe rytuały,
  • 21:02 co dla Tomka oznacza być ojcem,
  • 22:00 trudny okres starania się o dziecko, badania, diagnoza, propozycja in-vitro, strata, upragniony potomek,
  • 29:45 lekcje, które dał Tomkowi jego tato,
  • 32:06 co to znaczy być szczęśliwym,
  • 33:11 definicja sukcesu,
  • 38:23 podejście do mówców motywacyjnych,
  • 42:23 tytuł książki, którą Tomek najczęściej prezentuje innym,
  • 43:15 tytuł książki, którą Tomek ostatnio przeczytał i poleca innym,
  • 48:15 porady dla ludzi wybierających się na emigrację,
  • 49:15 ulubiony ostatnio kawałek muzyki,
  • 50:07 podejście do zakupów i rzeczy materialnych,
  • 53:50 przesłanie na koniec

Strony, książki i ludzie wymienieni w tym odcinku:

——

Transkrypt rozmowy

Witam Cię serdecznie w moim podcaście „Tato na wyspach Magis”. Nazywam się Piotr Zagórowski i prowadzę blog Tatonawyspach.co, w którym dzielę się tym, co dla mnie oznacza bycie tatą.
Od września 2013 r. jest członkiem rady programowej radia KRL, a od 2015 r. – wiceszefem tegoż radia. Jest współorganizatorem wielu imprez i wydarzeń kulturalnych na terenie Anglii. Jest także twórcą pierwszego w Anglii portalu o tematyce ślubno-weselnej o nazwie Weselnik UK oraz projektu dla małżeństw Misja 52. Jest także wodzirejem i DJ-em. Tomasz Kania – dzisiejszy gość.

Tomku, wodzirej i DJ w XXI w., w wieku disco. „Wodzirej” brzmi raczej archaicznie. Co robi wodzirej?
Czasem takie pytania zadają mi klienci, gdy do mnie dzwonią. Niekiedy są to prześmiewcze telefony. Dzwoni ktoś i pyta: „Dzień dobry, czy dodzwoniłem się do wodzireja?”. Ja odpowiadam: „Tak, oczywiście”. Więc dalej pyta: „Proszę pana, a kto to jest wodzirej?”. Ja na to: „No chyba pan wie, do kogo się pan dodzwonił”. Dalej słyszę: „Ale co pan dokładnie robi?”. Tłumaczę, że prowadzimy imprezy, zabawy, ciągniemy ludzi do zabawy, żeby fajnie przeżyli czas. Jedna z sugestii była taka: „A, to pan nie robi takich rozbieranek, że pan się rozbiera, biega, skacze, smyra kogoś za łóżkiem?”, inna: „A, to pan nie jest klaunem?”. Ja na to: „Wie pan co – nie”. „To przepraszam, ja szukam klauna”. Nie ten adres! Odbieram to jako zabawne sytuacje.
Odpowiedź jest prosta: wodzirej nie ma nic wspólnego z filmem Wodzirej, w którym główny bohater, Lutek Danielak, był takim trochę chłopskim, wiejskim Wodzirejem. Idea zrodziła się chyba pod koniec lat 90. Dwóch braci, Kazimierz i Józef Hojna, zorientowało się, że jest coraz więcej par, które pobierają się i mają wesele bezalkoholowe. Coś musi ten alkohol zastąpić. Najlepiej, żeby to była dobra zabawa. Przygotowali cały program tego, jak zrobić zabawy, tak żeby goście nie mieli czasu na nudę, spędzili fajnie czas. Z tej pasji pomalutku zrodził się biznes. Potem zaczęli robić szkolenia. Wyszkolili paręset, jeśli nie parę tysięcy wodzirejów w Polsce, bo minęło 15–16 lat od momentu, gdy zrodziła się ta idea. Ja też byłem na takich szkoleniach, warsztatach. Powolutku zacząłem to wdrażać w Polsce. Potem przeniosłem to na grunt brytyjski. I tak to mniej więcej wygląda.
Więc wodzirej to jest ten, który ciągnie ludzi do zabawy, sprawia, że mają ochotę potańczyć, pobawić się. Jeśli po danej imprezie mają ochotę przyjść, uścisnąć mi dłoń, powiedzieć: „Fajnie, super!”, jeśli dzięki temu zapomnieli o swoich problemach, to traktuję to jako swój prywatny, mały sukces. Taki jest wodzirej – radosny.
Z tego, co wiem, grasz także na gitarze. Skąd w ogóle zainteresowanie muzyką? Czy masz wykształcenie w tej dziedzinie, czy jesteś samoukiem?

Przez rok chodziłem do szkoły muzycznej. Niestety, był to okres, gdy w głowie miałem bardziej rockowe granie niż klasyczne, więc po roku zrezygnowałem. Uczyłem się tam prostych rzeczy, które już umiałem, a nauczyciel nalegał, aby to ćwiczyć. Skończyłem rok, aby tylko zdobyć dyplom, i zostawiłem to. Poniekąd tego żałuję, bo widzę, jak koledzy rozwinęli się po tej szkole. Gitarę później odstawiłem. Gdyby nie to, moje muzyczne życie być może inaczej by się potoczyło. Ale uczyłem się w gruncie rzeczy sam. Tata mnie na początku poduczył, potem podpatrywałem, jak koledzy grają, biegłem do domu i ćwiczyłem chwyty, akordy, aż się nauczyłem.
Czy zawsze interesowałeś się i zajmowałeś muzyką, czy pracowałeś też w innych zawodach?

Jeśli mówimy o pracy zawodowej, to pracowałem mniej więcej od 14. roku życia. Mój tato zabierał mnie na roboty budowlane. Z wujkiem robiliśmy rzeczy hydrauliczne. U młynarza też sobie dorabiałem, aby mieć swój grosz. To była praca fizyczna, a muzyka szła z tym w parze. To nigdy nie było zarobkowe, wynikało zawsze z pasji, czyli praca fizyczna połączona z muzykowaniem. Potem odkryłem wodzirejkę. Trochę po tacie to mam. Bo gdy były oazy rodzin, spotkania, ogniska, on zawsze zabawiał ludzi, opowiadał żarty, śpiewał piosenki. Potrafił pociągnąć ludzi do zabawy. Był takim nieformalnym wodzirejem. Myślę, że odziedziczyłem to po nim w genach.
Czy to, czym się zajmujesz, jest wynikiem wielu poszukiwań tego, co chcesz robić w życiu, czy raczej od razu wiedziałeś, że to będzie muzyka?

Tego chyba nigdy do końca się nie wie. To się odkrywa stopniowo. Dwa miesiące po ślubie pobyczyliśmy się w Polsce, po górach, a potem przyjechaliśmy na Wyspy. Był wtedy 2005 r. Wziąłem się za fizyczną pracę. Mój tata też tu był. Wciągnął mnie w branżę, zacząłem kłaść płytki, nawet to polubiłem. Cały czas to robiłem. Ale w głowie miałem tę wodzirejkę. W Polsce to zaczynało robić się popularne. Pomyślałem, że może warto zrobić coś ponad tę fizyczną pracę. Tak się złożyło, że spotkałem kolegę, który kończył podobne kursy wodzirejskie. Zaczęliśmy razem tworzyć ten interes, prowadząc pierwsze zabawy, imprezy po wspólnotach i parafiach polonijnych. Robiliśmy to za darmo lub za grosze, np. 20 funtów za dwie osoby, tylko po to, żeby grać. Chcieliśmy dać znać ludziom, kim jesteśmy i co robimy.
W pewnym momencie, żeby to się rozwinęło, rozstałem się z tym kolegą. Musiałem też podjąć decyzję, czy zarabiać na swojej pasji, czy nie. Bo ja kocham dawać ludziom radość. To wspaniałe uczucie, gdy grasz muzykę, coś prowadzisz, a ludzie się do tego bawią. Można odpłynąć. Ale w pewnym momencie dotarło do mnie, że zabawiam obcych ludzi, a moja żona siedzi sama w domu, coś czyta, coś robi, nie zawsze się z kimś spotka – jest sama. Trzeba było podjąć decyzję, czy to, co robię, jest tylko pasją, czy może warto przekształcić to w zawód. Wybrałem drugą opcję. Bo jeśli miałbym wybrać tylko pasję, to ograniczyłbym ją do dwóch–trzech imprez rocznie. A jeśli przekształcić pasję w zawód, to trzeba zainwestować w reklamę, lepszy sprzęt i z tego żyć. Pracujesz w weekendy, więc w tygodniu masz więcej czasu. To była jedna z najlepszych decyzji.
Dotknąłeś bardzo ważnego tematu. Bo są dwie szkoły. Jedni mówią, że praca to praca i jest dla pieniędzy, a hobby to przyjemność, ale po pracy. Jeśli zaczniesz pracować w swoim hobby, to się wypalisz i zostaniesz tylko z pracą, a hobby zniknie. Druga szkoła mówi, że jesteś szczęściarzem, jeżeli twoja praca to także twoje hobby. Jakie jest twoje zdanie? Czy powinniśmy mieć hobby i pracę zawodową, czy być może spróbować pracować w hobby?
Jedno nie wyklucza drugiego, można łączyć te dwie rzeczy. Tylko że wielu ludzi, którzy chcą zarabiać na pasji, popełnia pewien błąd. Najczęściej dotyczy on blogerów. Mam jakąś pasję, dobrze piszę i od razu piszę z myślą, że kiedyś będę na tym zarabiał, że ktoś będzie chciał płacić za to, co piszę, bądź reklamować się na moim blogu. Ten ktoś nie bierze pod uwagę jednej rzeczy. Wychodzi z założenia, że chce to robić i na pewno ktoś mu za to zapłaci. A nie zadaje sobie pytania, czy ktoś w ogóle chciałby mu za to zapłacić. Podstawową kwestią jest odpowiedzenie sobie na pytanie: czy pasja jest na tyle fajna, żeby ktoś inny chciał za nią zapłacić, żeby móc to robić i na tym zarabiać? Jeśli tak, to próbuj, rób, działaj. Natomiast jeśli nie badałeś rynku, nie wiesz, czy jest na to zapotrzebowanie, czy ludzie w ogóle tego chcą, to rób to na razie z pasji, a przy okazji może uda ci się to przekształcić w zarobek – co też jest fajne. A nawet jeśli zarabiasz na swojej pasji, warto mieć jedną rzecz, z której nie ma się żadnych korzyści finansowych. Cokolwiek, byleby zrobić coś za darmo, oddawać dziesięcinę ze swoich zarobków. Możliwości jest dużo.
Miałem jedną taką sytuację. To było wtedy, gdy podejmowałem decyzję, że koniec, żadnych imprez za darmo, że teraz to jest biznes. Oczywiście to nadal pasja, z której czerpię radość, ale muszą być z tego pieniądze, żona musi mieć wymierne korzyści z mojej pasji. Ona będzie zadowolona, gdy kupię jej sukienkę, naszyjnik, że będę z tego utrzymywał rodzinę. W momencie gdy podjąłem decyzję, że żadnych imprez za friko, pojechaliśmy do Harlow na czuwania całonocne, które odbywały się raz w miesiącu dla Polonii. Mieliśmy się tam wyciszyć. Staliśmy w tłumie ludzi, ksiądz wyszedł na ambonę i powiedział: „Do Harlow przyjeżdża masa Polaków, ale tak naprawdę się nie znamy. Nie wiemy, kto jest kto. Chcemy zrobić imprezę integracyjną, ale nie mamy pojęcia, jak to zrobić, poprowadzić, nie mamy sprzętu, muzyki. Może Pan Bóg pomoże i jakoś to zrobimy”. Ja stoję w tym tłumie, słucham i czuję, że to jest skierowane właśnie do mnie. Postanowiłem złamać swoją zasadę, że nic za friko. Poszedłem do nich na zaplecze, powiedziałem, że mam sprzęt, zabawy, muzykę i mogę im zrobić imprezę. Oni powiedzieli, że nie mają na to pieniędzy. Ja odparłem, że nie chcę pieniędzy, że przyjadę, zrobię, będzie fajnie. I rzeczywiście ta zabawa się odbyła. Nie miałem żadnych oczekiwań poza tym, żeby wszyscy fajnie się bawili. Efekt był taki, że mimo iż złamałem swoją zasadę, nie wziąłem za to ani grosza, to Bóg mi tak wszystkim pokierował, że z jednej imprezy miałem później cztery inne za normalne stawki. Nie tak dawno temu ktoś znowu zadzwonił, że chciałby zorganizować wesele – a znał mnie z tej imprezy z Harlow. Poznałem też dużo bardzo fajnych ludzi, z którymi do dziś mamy kontakt. Warto czasem złamać swoje zasady i zrobić coś bezinteresownie dla innych. Dobro zawsze powraca.
Poruszyłeś tu jedną ważną rzecz: warto robić rzeczy dla innych, a nie dla pieniędzy. Nawet jeśli robisz coś w pracy czy jako hobby, to jeżeli twoim wyznacznikiem jest zrobienie czegoś dla innych ludzi, dobro zawsze powróci. Praca może przerodzić się w hobby albo hobby w pracę. Na pytanie, czy lepiej mieć osobno hobby i osobno pracę, każdy musi sam sobie odpowiedzieć. Ja uważam, żeby robić to, co się kocha, kochać to, co się robi, bo to podstawa. Pytanie, czy zawsze tak było. Gdybyś miał sobie jako dwudziestolatkowi dać radę dotyczącą życia, co by to było? I co wtedy robiłeś?
Zrobiłbym dokładnie to samo, co robiłem wtedy. Gdy miałem 20 lat, szykowałem się do małżeństwa. Pobraliśmy się, jak miałem 21 lat. W wieku 20 lat były oświadczyny. To był czas decyzji, co robić w życiu. Skończyłem zawodówkę mechaniczną. Po zawodówce poszedłem do trzyletniego techniku, żeby zrobić maturę. Stałem przed decyzją, czy iść na studia, czy wziąć ślub. Z moją obecną żoną, a wtedy jeszcze dziewczyną, chodziliśmy już cztery lata, a znaliśmy się pięć lat. Stwierdziłem, że jak pójdę na studia, to się nie ożenię, więc dodatkowe pięć lat chodzenia nas wymęczy. A więc studia – out, pobieramy się. Do tego doszło to, że Iwonka chciała przyjechać na Wyspy podszkolić angielski. Mój warunek był taki, że pojedziemy na Wyspy jako małżeństwo. Bo jeśli jako para, to na sto procent będziemy mieszkać razem, żeby koszta uciąć. A jak będziemy mieszkać razem przed ślubem, to nie będzie to dla nas dobre. Baliśmy się, że zepsuje się coś, co fajnie się między nami buduje. Jest taki mit, że jak się dorobię, to się pobiorę. A prawda jest taka, że zawsze będzie czegoś brakowało i tę decyzję będzie się odwlekać. Powiedziałem więc Iwonie, że ślub i potem pojedziemy na Wyspy. Gdybym miał sobie doradzić, co miałbym wtedy robić, to powiedziałbym: „Podejmuj decyzję”. Prawdopodobnie będzie wiele dróg do wyboru, w którą stronę pójść w życiu. Fajnie, jak ktoś ma wiele dróg. Jakąkolwiek z nich wybierze, zawsze będzie to dobra decyzja, bo to już jest jakaś decyzja. Potem można pracować i działać. Można się też pomylić w decyzji, ale jak ktoś ma trochę oleju w głowie, to jeśli się pomyli, nauczy się na błędach. Grunt to umieć podejmować decyzje i konsekwentnie je realizować. Dzisiaj wiem, że postąpiłbym dokładnie tak samo. Efekt jest taki, że mam szczęśliwą rodzinę, szczęśliwą żonę i dziecko. Nie zamieniłbym tego na żadne studia, żadne pieniądze, na nic innego.
Powiedziałeś, że pobraliście się, zanim przyjechałeś do Wielkiej Brytanii. Tu znowu są dwie szkoły. Jedni mówią, że lepiej być samemu, nieuwiązanym, wtedy ma się więcej czasu na przysłowiowe dorabianie się, na zmianę pracy, ma się czas wolny. Drudzy – lepiej się pobrać, w małżeństwie pracujemy jako zespół, zawsze możemy się wspierać i jest jednak lepiej. Z większością rzeczy jest łatwiej, bo nawet ma się z kim porozmawiać. Wy zdecydowaliście się pobrać. Czy widzisz pozytywy w tym, że ludzie przyjeżdżają sami na zarobek?

Znam wiele takich przypadków. Gdy ktoś decyduje się, żeby przyjechać sam, to nawet jeśli małżeństwo przetrwa, zawsze okrojone jest to cierpieniem i smutkiem. Ale znam też przypadki, że przyjechali sami, żeby dokończyć dom, i skończyło się rozwodem. Lepiej nie przyjeżdżać samemu, tylko razem. A jeśli mąż najpierw przyjeżdża sam i potem ściąga rodzinę, to żeby miał jasno określony cel, np. maksymalnie pół roku i ściągam rodzinę. Jeśli nie, to wracam. Bo jeśli nie podejmie się takiej decyzji, będzie to trwało i trwało. A gdy małżeństwo jest z dala od siebie, to odzwyczaja się od siebie, od swoich nawyków. Jest zatem więcej minusów. Jestem zwolennikiem tego, że jeśli przyjeżdżać na emigrację, to razem, żeby nie rozdzielać małżeństwa.
Kiedyś rozmawiałem z księdzem, który powiedział mi coś. Pamiętam to do dziś: „Jak jesteście w małżeństwie, to problemy rozkładają się na dwoje. Jest łatwiej. A ja jestem z tym wszystkim sam”. To otworzyło mi oczy na kapłaństwo. Trzeba dbać o kapłanów, mieć z nimi dobre relacje, bo gdy zdarzy się coś, co sprawi, że staną się samotni, smutni, to z kim mają porozmawiać? Jeśli wikarego proboszcz zruga, to do kogo ma iść? Do kumpla? Ile można z kumplami gadać? Więc, drodzy małżonkowie, emigracja – tylko we dwoje.

Zgadzam się z tym, co powiedziałeś. My pobraliśmy się przed wyjazdem. To był świadomy wybór i nie żałuję go. W pojedynkę można być silnym, ale jest się na obcej ziemi, gdzie jest obcy język, a w małżeństwie problemy rozkładają się na dwie osoby – można porozmawiać, zmotywować się. I wtedy jest łatwiej.

Czy możesz zdradzić swój związkowy bądź rodzinny rytuał, który sobie wypracowaliście, a który pomaga wam wzrastać w związku?

U nas dużo dzieje się spontanicznie. Nagle pojawia się myśl, np. „Jedziemy na wycieczkę!” – więc pakujemy się i jedziemy. Odkrywamy fajne rzeczy. Jeśli chodzi o rytuały, to mamy ich wiele. Jeśli nie musimy nigdzie iść rano i jest weekend, to jemy elegancko przygotowane śniadanie. Wokół jest posprzątane, są odpowiednie filiżanki, wszystko jest na swoim miejscu, pachnie poranną kawą. Wtedy jest czas, żeby porozmawiać. Gdy na wesele muszę wyjechać ok. godziny 14–15, śniadanie zaczynamy o 8 rano i rozmawiamy naprawdę długo. To jest nasz rytuał, warto o nie dbać.


Zgadza się. Rozmowa to coś więcej niż tylko komunikacja, to także dbanie o drugą osobę. Tematem przewodnim jest to, że jesteśmy w dwójkę.

Tematem przewodnim mojego bloga jest bycie tatą. Ty od niedawna jesteś tatą. Co dla ciebie oznacza być ojcem?

Trudne pytanie, na które chyba nie znam odpowiedzi. Ale to wszystko sprowadza się do szczęścia. Dać szczęście żonie, dziecku. Jeżeli kocham żonę, to jest to najlepsza rzecz, jaką mogę dać dziecku. Jeśli żona będzie szczęśliwa, to dziecko będzie szczęśliwe. Być może ta teoria z czasem będzie ewoluować. I kochać ich wszystkich bardzo mocno.

Wiem, że staraliście się o dziecko przez długi czas. Na pewno był to trudny okres. Jest wielu ludzi, którzy odpuszczają, załamują się, zmieniają partnerki, co w dzisiejszych czasach jest bardzo popularne. Jak sobie z tym poradziliście?

Dominik pojawił się po 10 latach małżeństwa. Postawiliśmy sobie górną granicę dwóch lat, po których będziemy starać się o dziecko. Czyli dwa lata, żeby nacieszyć się sobą. Nie spodziewaliśmy się, że to się tak wydłuży. Gdy stwierdziliśmy, że coś jest nie tak, postanowiliśmy się przebadać. Badania trwały rok. Po ich zakończeniu poszliśmy na ostateczne wyniki. Lekarka stwierdziła, że wszystko jest OK i nie ma przeszkód, żebyśmy mieli dzieci. Rozpoczęliśmy dalszą procedurę. Zaproponowano nam in vitro, co nas zdziwiło. Nie zgodziliśmy się. Wyszliśmy smutni, może nie zezłoszczeni, ale pomyśleliśmy: „I co? Już koniec?”. Pozostało już tylko zaufanie.

Wtedy pojawiło się nasze pierwsze dziecko, które niestety nie zdążyło się urodzić. Pamiętam to jak dziś. Poszliśmy do lekarza, ucieszyliśmy się, gdy okazało się, że jesteśmy w ciąży. Zanim poszliśmy na USG, wszystkim się pochwaliłem. Pojechaliśmy do Polski. Był Wielki Piątek, weszliśmy na USG, a tu nagle: „Nie mam dla państwa dobrych informacji. Serce nie bije”. I nagle szok. Jak to nie bije? Miało być dziecko, dar od Pana Boga. Niestety nie udało się. Po tym doświadczeniu Pan Bóg dał nam dużo siły, aby przetrwać ten okres, bo był płacz, był smutek, ale zaraz pojawiło się wokół nas wielu przyjaciół, znajomych, nie było czasu się dołować. Jakoś zleciał ten okres. Potem tu wróciliśmy, Iwonka dostała tydzień urlopu. Pomyśleliśmy, że to nie koniec świata. Ufamy do końca, bo co nam pozostaje?

Pamiętam, że miałem bardzo dobrą spowiedź, bo w pierwszych chwilach buntu mówisz różne rzeczy. Powyklinałem wszystko Panu Bogu. Ale poszedłem do spowiedzi i powiedziałem, że tak nie myślę, że to nie byłem ja i że chcę przeprosić. Ksiądz powiedział coś w tym stylu, że Pan Bóg nie pamięta mi tych grzechów, już odpuszcza, już to mnie nie trzyma, pobłogosławił. I puściło. Od tego momentu pojawiła się nowa nadzieja. Życie zaczęło się na nowo. Ani przez chwilę nie straciliśmy wiary w to, że będziemy mieć jeszcze dziecko. Myśleliśmy raczej w ten sposób, że znowu możemy być w ciąży. Przez dziewięć lat nie mogliśmy, a nagle możemy. I tego się trzymaliśmy, że raz nie wyszło, ale za drugim razem może się udać. Pamiętam, że wychodziłem z kościoła, obca kobieta podeszła do mnie i zapytała: „Czy wy się staracie o dziecko?”. No jak to, przecież dopiero co straciliśmy. A ona dodaje: „Bo coś mi każe powiedzieć, że będziecie je mieć”. Byłem w szoku. Nie mam kontaktu z tą dziewczyną, chciałbym ją odnaleźć. Ale było parę znaków, że się uda. Ufaliśmy, wierzyliśmy w to do końca. Rok później pojechaliśmy znowu do Polski. To był okres Świąt Wielkanocnych. Iwonka pokazała test ciążowy. Okazało się, że jest w ciąży! Pojechaliśmy na Święty Krzyż. To jest nasze ulubione miejsce, do którego jeździmy. Byliśmy tam po stracie pierwszego dziecka, pojechaliśmy zawierzyć drugie. A kilkanaście dni temu pojechaliśmy, aby podziękować. Dominik ma już cztery miesiące.
Bardzo inspirująca historia. Faktycznie są takie okresy w życiu, kiedy człowiekowi jest trudno. Nie warto zamykać się w emocjach, tylko słuchać. Gdybyś zamknął się w emocjach, to nie odnalazłbyś tych wszystkich znaków. Wielu ludzi było wokół ciebie, nawet ta nieznajoma dziewczyna podeszła, ona również była otwarta na znaki. Spotkaliście się, ty odczytałeś to poprawnie i zakończenie było szczęśliwe. Wydaje mi się, że ludzie, którzy długo starają się o dziecko, w pewnym momencie mogą zatracić się w swoim smutku. Zawsze jest nadzieja. Mamy znajomych, którzy adoptowali dziecko, bo nie mogli mieć swojego. Jeżeli ktoś chce się podzielić miłością, to zawsze znajdzie się taki czy inny sposób.

Co do znaków, to warto wspomnieć, że my w ogóle ich nie szukaliśmy. One same do nas przychodziły. Niekiedy mówi się: „Jak znalazłeś Pana Boga w swoim życiu?”. A ja nigdy nie znajduję Pana Boga, to on mnie gdzieś znajduje. Mnie się wydaje, że on po prostu tam był, czekał albo tak pokierował, że dał się znaleźć. Jeśli ktoś ma problemy, słucha nas teraz, jest po stracie dziecka, to jedyne, co mogę powiedzieć: „Nie traćcie nadziei!”. Warto otoczyć się dobrymi ludźmi, przyjaciółmi, żeby nie było czasu na dołowanie się. I ufać do końca.
Czy są jakieś lekcje, które dał ci twój tato, a które szczególnie sobie cenisz?

Tych lekcji przez całe życie było dużo. Mogę być wdzięczny, że w wieku 14 lat zabierał mnie na różne roboty, do pracy, bo dzięki temu podłapałem zawód, nauczyłem się pracować. Wiem, że nic nie przychodzi łatwo. Ale najważniejsza lekcja była w 1995 albo w 1996 r. Modne były wtedy pamiętniki, złote myśli, do których każdy się wpisywał. Zazwyczaj to koledzy kolegom robili, u dziewczyn one były bardziej modne. Coś mnie podkusiło, aby dać tacie się wpisać. Tata napisał tam zdania, które niosą mnie przez całe życie.
Pierwsze brzmiało: „Tomku, pamiętaj, że jeżeli potrafisz śmiać się z samego siebie, to jest to największy dowód, że masz poczucie humoru”. Od tego momentu bardzo polubiłem, gdy ktoś się zwraca do mnie „Tomku”, a dwa – że bardzo mi to ustawiło wodzirejkę, to, jak prowadzić zabawy. Że nie wolno śmiać się z innych. Trzeba robić tak zabawy, aby wszyscy się świetnie czuli. A jeśli coś ma być śmieszne, to samemu się na to wystawić. To bardzo pomogło mi w życiu.
Drugie zdanie brzmiało: „Nie martw się zbytnio, żyj”. To mnie ustawiło na różne życiowe sytuacje, kłopoty, zwłaszcza te finansowe. Gdy czułem, że mam z czymś problem, przypominałem sobie: „Nie martw się wszystkim, żyj, życie jest zbyt fajne, aby tracić czas na zamartwiania”. Nie należy mylić tego z niedbalstwem – że jakoś to będzie, byle jak. Nie, po prostu rób, ile możesz, ale nie martw się wszystkim, żyj pełnią życia. Chyba św. Ireneusz powiedział to pierwszy: „Nie martw się zbytnio, żyj”. Piękne słowa. Wpisy mojego taty mam zachowane do dzisiaj.
To wiele tłumaczy, bo znam ciebie jako człowieka, który ma dużo dystansu do siebie samego. Teraz już wiem, skąd to masz. A co znaczy dla ciebie być szczęśliwym?

Wszystko kręci się wokół miłości, żony, rodziny. Gdy żona jest szczęśliwa, ja również jestem szczęśliwy. Gdy moje dziecko będzie szczęśliwe, to ja też. Dużo szczęścia widzę w dawaniu, np. oddawaniu dziesięciny. Gdy wiem, że oddaję dziesięcinę, pięknie mnie to uwalnia z przywiązania do pieniędzy. Czasem jest ciężko, pojawiają się rozterki: oddać, nie oddać? Zawsze jest strach, ale jak oddam dziesięcinę ze swoich zarobków, to pojawia się we mnie poczucie wolności – świadomość, że przeznaczyłem na coś pieniądze, że nie jestem egoistą. To znaczy dla mnie szczęście.

Wielu ludzi przyjeżdża na Wyspy, aby osiągnąć sukces. Wydaje mi się, że problem jest taki, że nie definiują sobie tego, co to znaczy osiągnąć sukces. Jak ty go definiujesz?

Prowadziłem kiedyś różne imprezy. Nawiązałem kontakt z mediami polonijnymi, co wiąże się z tym, że od pięciu lat prowadzimy wielki festiwal polonijny. Teraz przyjeżdża na niego 20 tys. osób. Na początku występowały tam biesiadne zespoły, a potem zaczęto zapraszać artystów z Polski. W zeszłym roku było De Mono na scenie, zespół Piersi, ogólnie gwiazdy. Wydawałoby się, że jest sukces, bo stoję na scenie, zapowiadam ich wszystkich. Jak krzyknę: „Polonia! Jesteście tam?”, i słyszę krzyk, to można odlecieć. Schodzę ze sceny, przybijam piątkę z Kościkiewiczem, z Chojnackim, którego kiedyś oglądałem w telewizji, a teraz stoję z nim jak równy z równym. Poprowadziłem koncert, ludzie świetnie się bawili. Na drugi dzień umówiłem się z Robertem Chojnackim na rozmowę przy kawie. Siedzieliśmy chyba z godzinę i rozmawialiśmy o różnych rzeczach. Mogłoby się wydawać, że sukces, piona, a na drugi dzień – to przykład na to, jak Pan Bóg leczy z takich sukcesów – wstaję o szóstej rano, zakładam ciuchy robocze i jadę pod Londyn kłaść płytki, bo takie zlecenie wtedy miałem. W weekendy robiłem wodzirejkę, a w tygodniu kładłem ludziom płytki. Robię te płytki i myślę: „Gdyby teraz zobaczył mnie ktoś z tych ludzi, którzy widzieli mnie wtedy na scenie, gdzie 20 tys. osób krzyczy wow!, ja mówię do nich: Będzie zabawa, będzie się działo, to spytaliby: Co?! On jest tylko płytkarzem?”. To obciach! Zacząłem śmiać się z siebie. Pomyślałem: „Panie Boże, ty masz naprawdę rewelacyjne pomysły i dbasz o to, aby mi sodówka nie uderzyła do głowy”. Z taką radością robiłem te płytki, nawet chciałem, aby ktoś mnie zobaczył w tej sytuacji. Bo co z tego, że robię płytki? Jestem zwolennikiem dochodów z różnych źródeł. Lubię kłaść płytki, umiem to robić i nie przestanę się tym zajmować, chyba że okoliczności się zmienią. Jestem też wodzirejem, znajduję na to czas, mam z tego jakiś dochód. A że ktoś mógłby mnie zobaczyć w takiej sytuacji i coś dziwnego pomyśleć, to fajnie wpływa na pychę – że jesteś na piedestale, a potem schodzisz w dół kłaść zwykłe płytki. Pan Bóg leczy mnie z takich sukcesów.
A co to jest sukces? Myślę, że jeśli po rozmowie ze mną ktoś będzie bardziej szczęśliwy niż przed nią, to już będzie to sukces. Często jest tak, że ktoś bierze mnie z polecenia, bo usłyszał, że fajnie to robię. Jeżeli po weselu ludzie są jeszcze szczęśliwsi, to jest to sukces. Tak samo będzie po naszej rozmowie. Jeśli stwierdzisz, że bardziej się cieszysz ze mną teraz niż przed rozmową, to też będzie poniekąd sukces. Jeśli po spotkaniu ze mną ktoś jest szczęśliwszy, a nie smutniejszy, to dla mnie jest to definicja sukcesu.

Jeden z moich ulubionych mówców motywacyjnych, Zig Ziglar, opowiadał o podobnej historii. Poszedł z rodziną na kolację. Obsługiwał ich kelner, który być może miał podobną sytuację, że dzień wcześniej był na jakiejś wielkiej imprezie, na której podziwiały go tłumy, natomiast potem pracował lub dorabiał jako kelner. Był bardzo niezadowolony. Miał minę, która wskazywała na to, że nie jest w miejscu, w którym chciałby być. Zig Ziglar opowiedział mu podobną historię o sukcesie, o tym, jak powinniśmy pracować w każdej sytuacji. Jeżeli jesteś kelnerem, to bądź najlepszym kelnerem. Jeśli płytkarzem, to bądź najlepszym płytkarzem. Jeżeli jesteś wodzirejem i zabawiasz tłumy, to bądź najlepszym wodzirejem. Sprowadza się to do tego, o czym rozmawialiśmy: że trzeba kochać to, co się robi, robić to, co się kocha, z taką myślą, że to, co robimy teraz, nie jest ostatnią rzeczą, ostatnim zawodem, który robimy, i prowadzi nas do czegoś lepszego, pełniejszego.

Zig Ziglar powiedział też, że szczęśliwy człowiek to taki, który równomiernie rozwija trzy filary. Jednym z nich jest ten fizyczny, czyli trzymać formę, dbać o zdrowie. Drugim – intelektualny, czyli kursy, szkolenia, wstępowanie na wyższe poziomy kariery. I trzecim – duchowy, czyli samoświadomość, rozwój duchowy, spirytualizm. Czy zgadzasz się z tymi trzema filarami, czyli że żeby być szczęśliwym, to trzeba równomiernie o to dbać?

Trudno nie zgadzać się z Ziglarem. Ale zawsze jak słucham takich haseł, to widzę, ile mam jeszcze do zrobienia. Ziglar na pewno to sprawdził i przetestował, co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Wiem, ile jeszcze muszę popracować nad sobą. Boję się czasem słuchać różnych haseł. Ale pojawiają się też współcześni mówcy, pojawia się masa poradników, jak zrobić daną rzecz. Zawsze, gdy widzę coś współczesnego, to chcę sprawdzić, czy to działa w moim życiu. W Katolickim Radiu Londyn mieliśmy taką sytuację, że różni ludzie chcieli dla nas pisać felietony. Jedna młoda, 20-letnia dziewczyna mnie zainteresowała. Przesłała mi propozycję tematów. Były całkiem fajne, chwytliwe, że chciałoby się je kliknąć, np. „Dlaczego Bóg dopuszcza cierpienie na świecie?”, „Jak sprawdzić, czy kocham Boga?”. Zgodziłem się, aby podesłała mi propozycje tekstów – dostałem przepięknie napisaną teorię. Zapytałem, jak to działa w jej życiu. Otrzymałem kolejny artykuł z piękną teorią. Zapytałem, co to dla niej znaczy. I ta dziewczyna nie wiedziała, czego od niej chcę. Powiedziałem, że podała mi piękną teorię, ale żeby przekonała mnie, że tak jest, żeby podała przykład ze swojego życia. Ona na to, że nie ma takiego. Ja na to: „Jak więc chcesz przekonywać ludzi, skoro tego nie doświadczyłaś?”. Usłyszałem zarzut, że „oczekuję felietonów w stylu Pawlukiewicza”. Ja na to: „Nie, mnie interesuje to, co to dla ciebie znaczy. Jeden moment, jak ty sprawdzasz, że kochasz Boga. Napisz mi to”. Dziewczyna odpisała: „Sorry, poddaję się”. I o to chodzi. Wszystkie mądre hasła zawsze weryfikuje życie. Ale z Ziglarem trudno się nie zgadzać, on zawsze będzie dla mnie gwoździem, że jest jeszcze dużo w życiu do zrobienia i do pracy nad sobą.

Jak pojawił się Daniel, często pytaliśmy o różne teorie i różne konkretne sytuacje, ale również ludzie dużo nam podpowiadali. Jedną z moich ulubionych podpowiedzi było to, aby słuchać wszystkich, ale robić według siebie, co nam serce podpowiada. Nawiązując do tego, co powiedziałeś: rzeczywiście tak jest, że jest wiele pięknych teorii, pięknych słów, jest wielu mówców, ale uważamy, że jeśli coś przetrwa próbę czasu, to znaczy, że jest dobre. My z żoną uważamy, że pewne rzeczy ludzie robili od lat i to działało. Często pojawiają się teorie, które podważają teorie naszych babć. Pojawia się pytanie: czy to rzeczywiście ma sens, czy nie? Czy warto od razu za tym iść, czy nie? Myślę, że masz bardzo zdrowe podejście, że trzeba przepuścić to przez filtr swojego serca i rozumu.

Na koniec mam jeszcze kilka pytań. Ponieważ dziś jest Światowy Dzień Książki, wiele będzie pytań książkowych. Czy masz taką książkę, którą dajesz innym ludziom jako prezent lub szczególnie polecasz innym ludziom?

Rzadko daję książki jako prezent, ale niedawno jedną z nich dałem koledze, który spodziewał się dziecka. Podarowałem mu książkę Pulikowskiego Warto być ojcem. Sam taką książkę wcześniej dostałem, ale jakoś nigdy nie miałem w zwyczaju dawać innym książek. Jeśli chodzi o prezenty, to wolę dawać karty podarunkowe do sklepów. Stawiam na wolność – dana osoba wie lepiej, co sobie kupić. Ale jeśli wiedziałbym, że komuś dana książka może się przydać czy spodobać, to na pewno bym ją kupił. Na chwilę obecną był Pulikowski i jego Warto być ojcem.

Jaka książka wywarła na tobie największe wrażenie?

Wczoraj skończyłem ciekawą książkę ks. Jacka Stryczka pt. Pieniądze. On bardzo fajnie wyjaśnia, skąd bierze się bieda. Dzięki niej zrozumiałem kilka swoich błędów, które wcześniej popełniłem. Żałuję, że nie przeczytałem jej wcześniej, ale nie było jej wtedy na rynku. Ks. Stryczek ma bardzo fajne podejście do pieniędzy. Uczy, jak być milionerem, jakie decyzje powinno się podejmować. Wszystkiego nie zdradza, do czego też się przyznał. Ale jest tam kilka ważnych myśli. Ja zawsze myślałem, że „lepsze bywa wrogiem dobrego”, a on fajnie to odmienił: że jak prowadzisz biznes, to wszystko usprawniaj, bądź sprawczy, dąż do tego, żeby ciągle to udoskonalać, bo co złego jest w tym, że się rozwijasz? Rozwijaj to, przeganiaj konkurencję, walcz o to. Nie poprzestawaj na tym, że masz dobre, dąż do czegoś doskonalszego.

Druga myśl to: nie łap okazji, naucz się wybierać, co powinieneś robić, bo na okazjach możesz się przejechać. I jeszcze wiele innych myśli. Zawsze, gdy czytam książkę, zaznaczam w niej ołówkiem to, co mnie w danej chwili najbardziej interesuje. Potem wracam do tych momentów, aby je sobie utrwalić. Polecam tę książkę.

Ja po latach na nowo wracam do czytania. Czytam ostatnio dużo w porównaniu do tego, co było poprzednio. Natomiast odkrywcze było dla mnie to, że nie trzeba czytać książki od deski do deski. Jeśli coś cię interesuje, to zacznij czytać od danego fragmentu. Jeśli inne rozdziały cię nie interesują czy nie chwytają za serce, to ich nie czytaj. Można też czytać kilka książek naraz, niekoniecznie od deski do deski.
Coś w tym jest. Kiedyś wmawiałem sobie, że nie mam czasu na czytanie książek. Gromadziłem je, fajnie wyglądały na półce, ale nie miałem czasu po nie sięgać. W pewnym momencie na Facebooku znajomy wrzucił kolejny artykuł z przeczytanej książki. Ktoś to skomentował: „Stary, kiedy ty na to znajdujesz czas?”. A on odpisał: „Liczy się każda minuta”. Pomyślałem, że to niemożliwe, żeby człowiek nie miał nawet 10 minut dziennie, aby przeczytać jedną czy dwie strony. Tą metodą udało mi się pewne rzeczy nadrobić. Teraz w kolejce do czytania czeka mnie jeszcze kilka branżowych pozycji, np. na temat pozycjonowania stron, tego, jak zarabiać w internecie.
Ostatnio byłem zafascynowany Księgą Przysłów. Pan Bóg sprawił, że zrównał z ziemią mój świat modlitwy, który sobie zbudowałem. Zawsze rano miałem medytację, czytałem Pismo Święte. W pewnym momencie zaczęło mnie to męczyć. Pan Bóg mówi: „Odpocznij sobie od tego”. Ja na to: „Nie chcę odpoczywać od Pisma Świętego, bez sensu”. I tak jakoś sprawił, że zacząłem czytać Księgę Przysłów. Stwierdziłem, że współcześni mówcy motywacyjni mają się z czego uczyć. Być może na tym zbudowali swoje rzeczy, bo było kilka genialnych przykładów. Zacząłem podkreślać zdania, które najbardziej do mnie trafiały. Postanowiłem zrobić z tego felieton. Nazwałem go „25 inspirujących przykładów z Księgi Przysłów”. Potem dostałem jeszcze kilka wiadomości zwrotnych, że dzięki temu ktoś odkrył coś nowego. Teraz zamierzam wziąć się za Księgę Mądrości i Mądrość Syracha. Pismo Święte jest dobrym przykładem książki, do której warto wracać, niekoniecznie czytając ją od deski do deski.
Ale wracając do czytania książek w ogóle, to pewne książki rezonują w danym czasie i warto do nich wracać. Ja mam kilka takich, które przeczytałem, a które zbierają kurz na półkach. Ostatnio do nich wróciłem i odkryłem w nich kilka nowych rzeczy.

Co możesz doradzić osobom, które wybierają się na emigrację lub właśnie na niej są?

Jeśli wybierają się po raz pierwszy, to powinni przestudiować wszystkie informacje na temat tego, jak żyć w danym mieście, ile kosztuje transport, mieszkanie, życie. Obliczyć to wszystko i mieć to miasto w małym paluszku. Dzięki temu, gdy się tam znajdą, bez problemu będą się w nim poruszać. Reszty nauczą się na miejscu. Warto poszukać grup, wspólnot, organizacji społecznych. W grupie jest łatwiej jest, szczególnie gdy przyjeżdża się samemu. Można tam poznać osoby, które pomogą, powiedzą, jak coś zrobić łatwiej, lepiej. Polecałbym więc szukanie kontaktu z ludźmi. Wszystko inne to dodatek. Nie znam żadnego konkretnego podręcznika dla emigranta.

Czy masz jakiś ulubiony kawałek muzyki, którego ostatnio słuchałeś i który za tobą chodzi?

Ostatnio powróciłem do Starej Armii. Cały czas w aucie brzmi mi takie mocne rockowe granie. Trudno mi powiedzieć o jednym konkretnym utworze. Wczoraj, gdy byliśmy na basenie, słuchałem gitarowej muzyki. Pływaliśmy sobie ze słuchawkami na uszach. Fajną muzykę tworzy Dexter Britain, Thomas Bergersen. W sieci na pewno znajdzie się tę muzykę. W zasadzie to wszystko – poza disco polo.

Czy dokonałeś ostatnio zakupu poniżej stu funtów, który zmienił twoje życie? Coś użytecznego, co sprawiło, że pomyślałeś: „Jak ja mogłem żyć bez tego do tej pory?”.

Nie przywiązuję uwagi do rzeczy materialnych. Nigdy nie traktuję ich na zasadzie, że zmieniają coś w moim życiu, tylko biorę je, używam ich, ale specjalnie się nad tym nie rozwodzę. To, co było udane, to bilety lotnicze do Polski, i to, gdy wyszedłem na balkon w bloku, była taka cisza, spokój. Dosłownie w jeden wieczór odpocząłem za wszystkie ostatnie miesiące, kiedy nie było czasu na odpoczynek. Tak odpocząłem, że w zasadzie na drugi dzień mogłem wracać. Kupiłem już bilety na przyszłą podróż do Polski.

Na koniec powiedz, gdzie ludzie mogą znaleźć cię w internecie.

Na pewno Katolickie Radio Londyn – krlradio.com. Gdy wpisze się w sieci „wodzirej”, można znaleźć masę różnych moich rzeczy. Stronę internetową muszę dokończyć. Jest też projekt Misja 52, który skierowany jest do małżonków. Wymyślił go Paweł Konopski z KRL-u. Wpadł na pomysł, abyśmy raz na tydzień zrobili coś inspirującego. Więc zrobiliśmy. Cały rok nam to zajęło i jest strona. Powstał też nowy portal Polecane.co.uk. Celem tego projektu jest wspieranie biznesów. Gdy ktoś ma jakiś pomysł, chce wypromować swoje usługi czy wydarzenie, to może tam zajrzeć. A tak prywatnie, to zamierzam założyć bloga. Bo wszystkie felietony, które piszę, publikuję na łamach Katolickiego Radia Londyn. Kiedyś prowadziłem bloga rodzinnego, ale go skasowałem, bo tych tekstów nie chciałbym publikować nigdzie więcej. Teraz jest czas, aby zrobić coś pod szyldem Tomasz Kania. Wiemy już, o czym to miałoby być. Mogę tylko zdradzić, że to będą męskie sprawy przed Bogiem, przykłady z życia wzięte. Jeśli komuś to pomoże, to też będzie sukces.
Czy miałbyś jakąś prośbę do słuchaczy? Chciałbyś im coś przekazać?
Jeśli ktoś interesuje się eventami, wydarzeniami, koncertami, to odsyłam do stron, o których wcześniej wspominałem. W Laxton Hall odbędzie się święto rodziny. Planujemy zrobić koncerty jesienią. Myślę, że warto zostawić słuchaczy z przesłaniem, które pochodzi z Księgi Przysłów, a dotyczy bogactwa. Miałem kiedyś pragnienie posiadania ogromnego bogactwa, uważałem, że przecież nie ma nic złego w pieniądzach, że chcę mieć święty spokój z finansami i niczym się nie przejmować. Uderzyło mnie wtedy jedno zdanie z Księgi Przysłów: „nie dawaj mi bogactwa ni nędzy, żyw mnie chlebem niezbędnym, bym syty nie stał się niewierny, i nie rzekł: «A któż to jest Pan?» lub z biedy nie zaczął kraść i nie targnął się na imię mego Boga”. Czyli prośba o to, co jest niezbędne, a wszystko to, co chcesz mi dać ponad to, to już jest twoja wola. Ja będę bardzo wdzięczny, gdy będę miał masę błogosławieństw, ale tak naprawdę do życia jest mi potrzebny chleb. Z tą myślą zostawiłbym słuchaczy. Trzeba być ambitnie pokornym – pragnijmy dużo, ale miejmy też realną ocenę sytuacji.

Innymi słowy: „Chleba naszego powszedniego daj nam, Panie”. Dzięki, Tomku, za rozmowę!

Dziękuję również, pozdrawiam wszystkich!

Jeśli podobnie jak ja uważasz, że #RodzinaJestFajna i podobał Ci się ten wpis, zapraszam do podzielenia się nim ze znajomymi i do śledzenia mnie w następujących miejscach:

Więcej, bardziej, pełniej – Magis!
Facebook:/TatoNaWyspach
Twitter:@TatoNaWyspach
Instagram:@TatoNaWyspach.co

Podobne wpisy:

4 komentarze do “Tomek Kania o tym jak żyć pełnią życia

  1. Pingback: Agnes Khan – Jak być pewnym siebie i odważnie podejmować decyzje | Tato Na Wyspach

  2. Pingback: [podcast] Misja52 – Jak walczyć ze zniechęceniem | Tato Na Wyspach

  3. Pingback: [podcast] Misja52 – Dlaczego rytuały rodzinne są ważne | Tato Na Wyspach

  4. Pingback: Jak robić to co kochasz – Kamil Zbozień | Tato Na Wyspach

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.